Nie święci garnki lepią? Seriously?

Nie święci garnki lepią? Seriously?

wpis w: Bez kategorii | 0

lunula

No niby nie święci. Niby każdy może. Nie musisz być wizjonerem-artystą, mieć nadmiaru talentu. Wystarczy, ze spędzisz z gliną, kołem garncarskim odpowiednią ilość czasu i będziesz świetnym rzemieślnikiem. Podobno wystarczy spędzić dwa tysiące godzin nad dowolną dziedziną, żeby zacząć osiągać mistrzostwo. Zasada jest ogólna: nikły procent talentu, niewielki szczęścia a reszta ciężka praca. Nie do końca się z tym zgadzam, bo zasada ta nic nie mówi o pasji, która jest warunkiem koniecznym i wystarczającym, żeby osiągnąć sukces. Sukces może być rozumiany rozmaicie, ale w tej dziedzinie nie chodzi raczej o miliony na koncie i brylowanie na ściankach – to chyba jasne. Sukces w ceramice to – tu i teraz, dla mnie, po wielu lekcjach pokory – po pierwsze wyciągnięcie z pieca całej pracy, wpisującej się w oczekiwania gdzieś w trzydziestu procentach. Po drugie, ale nie mniej ważne, poczucie sukcesu jest wtedy, gdy komuś moja praca się podoba. Absolutne szczęście osiągam, gdy praca się sprzeda.

Nie mam żadnego licznika odmierzającego spędzoną w ceramice liczbę godzin. Ale zrobiłam setki, jeśli nie tysiące, wypałów. Pracowałam z większością mas dostępnych na rynku. Jestem w tym od sześciu lat z przerwami. Od dwóch – trzech lat ceramika wypełnia mi całą dobę, bo nawet sny mam ceramiczne, a w czasie wolnym podglądam innych ceramików, obserwuję branżę, zgłębiam stare i nowe techniki, uczę się sporządzać szkliwa. Nikt mnie do tego nie zmusza, kocham ceramikę, mam już chyba więcej gliny w żyłach, niż krwi i po prostu lubię się uczyć. Mało tego – sama uczę ceramiki i widać, że moja praca na tym polu ma sens i obserwuję jej niezwykłe efekty. A jednak w moją pracę wpisane jest odnoszenie porażek.

Wypalam glinę dziesiąty raz w tych samych warunkach i wyciągam z pieca kawałki – wspomnienie świetności tego, czym praca była przed wypałem. Albo wypalę, jaram się projektem, ale pies z kulawą nogą na rzeźbę nie spojrzy przez trzy kolejne lata. Albo wypalę, ktoś pokocha, kupi, ale kurier paczką rzuci i mam dodatkowe zajęcie przez kolejne miesiące związane z reklamowaniem przesyłki. Albo szykuję się na jarmark rękodzieła całymi tygodniami i nie zarobię nawet na stoisko. Niby nic takiego, ale gdy z takich momentów tworzy się seria? Znieść to z pokorą, wstać rano i pójść do pracowni, tworzyć kolejne prace, gdy wszystko wskazuje na to, że lepiej się zatrudnić przy obieraniu ziemniaków w pobliskiej garkuchni… To jest wyzwanie. Naprawdę. Wszyscy ci, którzy pracując uczciwie w biurach, sklepach, urzędach zazdroszczą mi, czy innym wolnym strzelcom pracy w domu, tak zwanego spełniania się w ukochanej dziedzinie, nie mają pojęcia jak wielkich nakładów czasowych, organizacyjnych wymaga plan, który zakłada coś więcej, niż praca dla idei. Zapewne nie jestem odosobnionym przypadkiem. Kręcę się trochę w środowisku rękodzielników różnych dziedzin. Oni Wam tego nie powiedzą, bo w dobrym tonie jest osiągać sukcesy, mieć mnóstwo stałych klientów, do porażek nie wolno się przyznawać, bo kto chce się identyfikować, wspierać nieudaczników? Nasze fanpage są pełne pięknych zdjęć wyrobów naszych rąk, prowadzimy blogi rozpowszechniając naszą twórczość, jak nam się uda pomiędzy twórczością a sprzedażą zadbać o ten kanał dystrybucji (nie oszukujmy się, wszyscy liczymy, że poprzez serwisy społecznościowe i blogi trafimy do klienta, nie robimy tego dla siebie), tak działa rynek, że trzeba być wszędzie. Ale uwierzcie, każdy rękodzielnik a ceramicy chyba szczególnie, ze względu na dość wyjątkowe nakłady czasowe i możliwość ogromnych strat liczonych w materiale, kosztach wypałów, ma czasem chęć wszystko rzucić. Zwłaszcza, że Polska nie jest jeszcze gotowa by docenić, lub choćby odróżnić rękodzieło od chińszczyzny, która króluje wszędzie.

Wiem, sama wybrałam sobie ścieżkę i ciągle chcę nią podążać. Ale doprawdy, jeśli świętą nie zostanę idąc drogą garnkolepa, to się bardzo zdziwię.

Na szczęście jest akcent optymistyczny. Bo właśnie wtedy, gdy jak to Asia z QQ projekt mawia chcesz obsiać pole marchewką i zająć się czymś pożytecznym, gdy tracisz poczucie sensu Twojej pracy; ni stąd, ni zowąd dostaniesz duże zlecenie. Nagle znajdą Cię w Twojej pracowni na skraju miasteczka,(do której tubylcy mają problem z dotarciem) ludzie, którzy jadą do Ciebie 600 kilometrów i zostawią trochę grosza i dużo ciepłych słów. Ktoś pisze, ze jest pod ogromnym wrażeniem Twoich prac. Ktoś inny nagle mówi, że jesteś dla niego inspiracją, ktoś jeszcze inny, ze odlicza czas od jednych moich zajęć do następnych. Albo dzieci, które przychodzą na zajęcia i tak im się oczy błyszczą, tak cudownie się twórczo realizują… No nie można odpuścić. Bo nagle wszystko pokazuje, że ta ścieżka jest właściwa. Że jesteś tam, gdzie masz być i jeśli będziesz gdzie indziej, to wszechświat nie mógłby być taki, jaki jest. Że Twoja praca to wartość przeliczalna na coś więcej, niż papierki z nominałem.

Więc idę tam, gdzie idę. Nie idę gdzie nie. Ale – jak tak dalej pójdzie – to świętość mam jak w banku.

W sumie wpis miał być o najnowszych pracach, nie wszystkie to niewypały i mam się czym cieszyć 🙂 Ale o tym – następnym razem.

Zostaw Komentarz